Bóg mówi Biblią

Izabela Janus

Bóg mówi Biblią

Kiedy tylko przekonałam się, że Bóg istnieje i Jezus Chrystus faktycznie jest jego wcieleniem, zaczęłam czytać Biblię. Sposób, w jaki się o tym przekonałam opiszę gdzie indziej a teraz chciałabym poświęcić kilka słów właśnie tej księdze. Różniła się od wielu rozmaitych tekstów, których w tamtym czasie czytałam bardzo dużo, z racji tego, że studiowałam dwa humanistyczne kierunki – politologię i filozofię. Mianowicie to, co w niej czytałam po prostu do mnie mówiło, uderzało mnie i jakby przenikało. Przynosiło też poczucie wewnętrznego pokoju, jakiejś wcześniej nieznanej ulgi, jakby wszystko, co wcześniej było skomplikowane, trudne, niepasujące do siebie stawało się proste i zharmonizowane. To działo się na poziomie umysłu, emocji, ducha (czyli tej sfery, której w naszej kulturze jesteśmy mało świadomi) oraz, co bardzo mnie zaskakiwało, na poziomie praktycznego życia. Zupełnie jakby autor Biblii doskonale je znał, a człowieka rozumiał nawet lepiej niż on sam siebie. Jednak najbardziej zdumiewało mnie to (i dalej zdumiewa), że On zna również mnie osobiście i przemawia konkretnie do mnie.

W niniejszym tekście opisałam kilka sytuacji, w których doświadczyłam dosłownie komunikacji z Bogiem i szczegółowego prowadzenia w konkretnych życiowych dylematach czy problemach, poprzez wersety z Biblii, którą czytałam i wciąż czytam po kolei. Dodam jeszcze, że opisuję tylko sytuacje wybrane. Było ich więcej i nadal od czasu do czasu zdarzają się w moim życiu. Jednak myślę, że podane przykłady wystarczą mi do podzielenia się z każdym kto przeczyta ten tekst swoim zdziwieniem czy zaskoczeniem, które towarzyszy odkryciu realności Ducha Świętego, i którego życzę każdemu.

Miód

W czasie, o którym wspomniałam praktykowałam bulimię. Mimo, że moi ówcześni, dłużej wierzący znajomi zwracali mi uwagę, że jest to niewłaściwe z perspektywy wiary, nie widziałam potrzeby zmiany swojego nawyku. Nie rozumiałam dlaczego miałoby dla Boga mieć jakiekolwiek znaczenie to, co robię sama ze sobą. Zwłaszcza, że nie obserwowałam u siebie żadnych szkodliwych efektów tego, co robiłam. Moje sumienie było spokojne. W dniu, w którym rozmawiałam o tym z jedną z koleżanek,  kupiłam sobie słoik miodu. Jak można się było spodziewać, cały miód zjadłam za pierwszym podejściem. Polemizując z nią, kiedy próbowała przekonać mnie, że najadanie się i wymiotowanie jest w oczach Boga niewłaściwym postępowaniem, wiedziałam, że jak tylko wrócę do swojego akademika, pójdę do łazienki i zwymiotuję wszystko, co zjadłam. Na koniec zapytałam ją jeszcze: „Gdzie w Biblii jest napisane, że nie wolno tak robić?” Oczywiście, koleżanka nie umiała wskazać mi fragmentu, w którym Bóg wypowiedziałby się na ten temat.  

Wróciłam do swojego pokoju. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy może jednak Bóg ma jakieś zdanie na temat tego, co za chwilę zamierzałam zrobić. Poznawałam Go od niedawna, ale od początku uznałam Go za kogoś ważnego dla mnie. Zależało mi na dobrych relacjach, więc postanowiłam po prostu spytać. Powiedziałam: „Boże, jeśli faktycznie robię coś, co Ci się nie podoba, to mi to powiedz”. Sięgnęłam po Biblię. Czytałam ją po kolei po 3 rozdziały dziennie. Przyjęłam, że jeśli Bóg chce się ze mną skomunikować, bo ma jakieś zdanie w kwestii, o którą pytałam, to je wypowie w jednym z trzech rozdziałów, które przypadły mi na ten dzień. Przecież wiedział, że nie jestem w stanie zapoznać się z całą Biblią na raz, a odpowiedź potrzebowałam natychmiast, bo była związana z czymś, co chciałam zrobić za chwilę. Byłam prawie pewna, że Bóg takiego zdania nie ma i że zaraz spokojnie i bez żadnego dyskomfortu psychicznego pozbędę się z siebie miodu wchłoniętego przed rozmową z koleżanką. 

Otworzyłam Biblię w miejscu, w którym przestałam ją czytać dnia poprzedniego. Kolejnym rozdziałem do przeczytania okazał się 25 rozdział Księgi Przysłów. Czytam: …znalazłeś miód, jedz tyle, ile trzeba, żebyś się nim nie przejadł i nie zwymiotował… 

Był to koniec mojej przygody z bulimią.

Bogaty młodzieniec

W tamtym okresie byłam już od dwóch lat głęboko zaangażowana w studia filozoficzne. Poznając Boga, „wchodząc” w Kościół i czytając Biblię, nieraz napotykałam stwierdzenie, że człowiek funkcjonuje właściwie, zgodnie ze swoim powołaniem, kiedy Bóg zajmuje w jego życiu pierwsze miejsce. Nie rozumiałam co to znaczy. Nie wiedziałam  jak w praktyce ma wyglądać to, że Bóg „zasiada na tronie mojego życia”. Potrafiłam to zadeklarować, ale sama zadawałam sobie pytanie, czy tak faktycznie jest i po czym w ogóle poznać, że tak jest. Biblia i chrześcijaństwo zadziwiły mnie swoim przekazem i realnością. Jednak moją pasją i codziennością już od długiego czasu były studia. Byłam z nimi zżyta już wcześniej. Wiązał mnie do nich ogrom czasu i energii, które im poświęciłam oraz tożsamość wyjątkowo dobrej studentki, która pozwalała mi pierwszy raz w życiu czuć się dobrze samej ze sobą. Obawą napawała mnie myśl, że mogłaby pojawić się sytuacja, w której musiałabym wybrać pomiędzy filozofią a Ewangelią. Starałam się wygaszać rozważania, które pojawiały się w moim umyśle, kiedy słyszałam kazania lub czytałam o Abrahamie i Izaaku, którego oddawał on na ołtarzu lub o tym, jak bogaty młodzieniec pragnął stać się uczniem Jezusa, ale wycofał się, kiedy Jezus postawił mu warunek zrezygnowania ze swojego majątku. 

Dwa lata po tym, jak poznałam Jezusa stanęłam przed możliwością zdawania egzaminu na studia doktoranckie. Wiedziałam, że oznaczają one kolejne lata poświęcenia swojego umysłu filozofii. Wiedziałam, że to, czemu będę poświęcała swój umysł będzie we mnie żyło i konstytuowało moje wnętrze tworząc mnie. Z jednej strony marzyłam o tym, żeby oddać to, co w sobie uważałam za najlepsze – umysł – w całości Bogu. Uważałam to za słuszne i oczywiste, skoro już dowiedziałam się, że On JEST. Jednakże studia filozoficzne były tak bardzo „moje”, tak tożsame ze mną jak nic nigdy przedtem, że trudno mi było w ogóle pomyśleć o tym, że miałoby ich nie być w moim życiu. Były jak powietrze, którym oddychałam. Po prostu byłam właśnie nimi, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Wieczorem, dnia poprzedzającego egzaminy na studia doktoranckie stanęłam przed Bogiem i spytałam, czy filozofia, studia doktoranckie są częścią powołania, jakie on dla mnie ma. Spytałam, czy jestem jak ten bogaty młodzieniec, który chce iść za Jezusem, ale nie chce oddać tego, co uważa za najlepsze w swoim życiu. Powiedziałam Bogu, że jeżeli wśród trzech rozdziałów, które tego dnia zamierzałam przeczytać, będzie przypowieść o bogatym młodzieńcu, uznam, że jestem właśnie jak ta postać i że jest to moment, wyboru pomiędzy uczniostwem, a kontynuowaniem życia jako osoba oddana filozofii. Byłam przy tym przekonana, że jeżeli faktycznie tego dnia przypadła by mi do przeczytania przypowieść o bogatym młodzieńcu, zachowałabym się inaczej niż on. Jednocześnie liczyłam i uważałam za bardzo prawdopodobne to, że w Biblii pojawi się coś innego. Chciałam szybciutko ją otworzyć i przeczytać. Może tak, żeby Bóg nie zdążył odpowiedzieć. Zrobiłam to. W pierwszym rozdziale, który tego dnia mi przypadł była przypowieść o bogatym młodzieńcu. Moja własna reakcja była odmienna od tej, której sama się po sobie spodziewałam i którą zadeklarowałam Bogu. Najpierw się „zawiesiłam”. Później byłam zdezorientowana. Może się wystraszyłam. Spróbowałam wyobrazić sobie życie bez filozofii i bez studiów doktoranckich i zobaczyłam ciemność. Zobaczyłam, że bez tego mnie nie ma, że nie ma takiej drogi, takiej możliwości. Poczułam gniew i bunt wobec Boga i powiedział Mu: „Coooo?!! To ja już 4 lata ciężko pracuję, żeby mieć dobre wyniki na studiach, a Ciebie znam dwa lata i już chcesz mi wszystko rozwalić? O nie!!!”. Oburzyłam się, jak w ogóle ten gość, którego nawet nie widzę, może oczekiwać, że ja dla niego zrezygnuję z własnego życia, z tego, co mnie tyle kosztowało, czemu oddałam całe serce, praktycznie większość swoich sił i tyle zaangażowania. 

Przez następne kilka lat uczęszczałam na studia doktoranckie. Poświęcałam się jednocześnie filozofii, poznawaniu Boga, który taką możliwość ciągle mi stwarzał, oraz jeszcze innym rzeczom. Ale filozofii poświęcałam się coraz mniej. Nie wchodząc w szczegóły, zaczęłam mieć wątpliwości co do tego, czy ona dokądkolwiek prowadzi. Nowego znaczenia nabierały dla mnie stwierdzenia Ludwika Wittgensteina o tym, że problemy filozoficzne powstają wtedy, kiedy umysł się obija i, że filozofia jest jak drabina, po której wspiąwszy się, należy ją odrzucić. Żywo przemawiały do mnie wersety, które napotykałam w Biblii takie jak: 

Mienili się mądrymi, a stali się głupi (Rz 1,22), 

Mądrość tego świata jest u Boga głupstwem (1 Kor 3,19), 

…aby się nie wdawali w spory o słowa, bo to jest bezużyteczne…” (2Tm 2,14), 

Napisano bowiem: Wniwecz obrócę mądrość mądrych, a roztropność roztropnych odrzucę. Gdzie jest mądry? Gdzie uczony? Gdzie badacz wieku tego? Czyż Bóg nie obrócił w głupstwo mądrości tego świata? Skoro bowiem świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego Bożej mądrości, przeto upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie (1 Kor 1,21), 

Podobne jest królestwo niebieskiego skarbu ukrytego na polu. Gdy znalazł go pewien człowiek zakrył powrotem. Potem poszedł uradowany, sprzedał wszystko, co miał i kupił to pole. Królestwo niebieskie podobne jest również do kupca, poszukiwacza pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał i kupił ją (Mt 13, 44 – 46). 

Co jakiś czas spotykałam się też z przypowieścią o bogatym młodzieńcu czy historią Abraham i Izaaka. Zaczęłam żałować, że zabrakło mi pokory, charakteru czy odwagi, aby zakończyć przygodę z filozofią i zidentyfikować siebie w całości w oparciu o Słowo Boże. Miałam też możliwość obserwować z bliska życie osób, które na wezwanie Ducha Świętego porzuciły coś, co zanim Go poznały było dla nich najcenniejsze, co stanowiło oś, wokół której kręciło się ich życie, czy, mówiąc inaczej, podstawy ich tożsamości. Różnica pomiędzy ich uczniostwem a moim była taka, że ich było jakby całkowite, prawdziwe, codzienne, a moje cząstkowe, poboczne, przydarzające się; ich – podstawowe, a moje – dodatkowe. Minęło kilka lat zanim znowu stanęłam przed możliwością oddania Bogu czegoś, co urosło w mojej świadomości do rangi skarbu, celu życia i jego kierunku. Cieszę się, że taka sytuacja w ogóle się powtórzyła.

Gedeon

Innym razem, a było to podczas wakacji, które spędzałam w domu rodzinnym w Rybniku, pochłonęły mnie kazania Mirosława Kulca. Zwłaszcza jedno, pt.: „Boża resztka”, bardzo mnie inspirowało i słuchałam go, jak to się mówi, „na okrągło”. Dotyczyło ono historii Gedeona, który miał ruszyć do walki z Midianitami nękającymi Izrael. Gedeon zgromadził do tego celu dziesięć tysięcy dzielnych wojowników. Jednak Bóg powiedział Mu, że na bitwę ma wziąć jedynie trzystu – tych, którzy okazali się oddani i skoncentrowani na celu. Pozostali wrócili do domu ciągnąc miecze po ziemi, nie wziąwszy udziału w bitwie. Odebrałam ich sytuację jako najtragiczniejszą z możliwych. Dodam jeszcze, że sam Gedeon był usposobienia raczej nieśmiałego. Po ludzku nikt pewnie by go nie wybrał do przewodzenia wojsku. Jednak Bóg Go powołał, zmotywował, wyposażył oraz wspomógł nadnaturalnym działaniem tak, że z tymi trzystoma ludźmi Gedeon pokonał o wiele liczniejszą armię midiańską. Mirosław Kulec podsumowując swoje kazanie stwierdził: „Bóg nie potrzebuje wielu. Bóg potrzebuje wiernych”. 

Planowałam po wakacjach wrócić do Opola, zamieszkać we wcześniej upatrzonym miejscu i kolejny rok akademicki angażować się w służbę Chrześcijańskiej Misji „Rampa” działającej na kampusie uniwersyteckim. Niestety, kiedy nadszedł koniec września okazało się, że moje upatrzone miejsce do zamieszkania nie jest dostępne. Rozwiała się również mglista perspektywa źródła dochodu, na które liczyłam, że pozwoli mi utrzymać się w Opolu. W tej sytuacji zaczęłam rozważać możliwość spędzenia kolejnego roku w Rybniku i poświęcenia się jednak pisaniu doktoratu. Nie wyobrażałam sobie pojechać do miasta, gdzie nie mam ani pracy, ani mieszkania, zwłaszcza, że żadnych oszczędności też nie miałam. Wyglądało mi to na nierozsądne i nie potrafiłam sobie o tym pomyśleć, że ma szanse powodzenia. Jednak, kiedy uświadomiłam sobie, że Misja „Rampa” rusza właściwie już za kilka dni, poczułam się jak jeden z tych żołnierzy Gedeona, którzy nie wzięli udziału w bitwie. Spakowałam plecak i postanowiłam po prostu pojechać przyjmując, mimo moich odczuć, że praca i mieszkanie zwyczajnie muszą się znaleźć. 

Ostatniej nocy, którą spędzałam w Rybniku nie umiałam zasnąć z powodu stresu i lęku. Uspokajał mnie fragment, a właściwie nakaz Jezusa: „Nie bójcie się”. Właśnie jako nakaz potraktowałam te słowa, a właściwie jako zakaz – zakaz strachu, obowiązek eliminowania go. Kiedy przyjmowałam te słowa w ten sposób udawało mi się zasnąć na jakiś czas, uwolnić od obaw, jednak tej nocy stres kilkakrotnie mnie budził. Wstałam bardzo wcześnie, jeszcze przed budzikiem, zupełnie niewyspana. Przed wyjściem na pociąg spytałam Boga: „Czy ja dobrze robię? Czy Ty jesteś ze mną?”. Otworzyłam Biblię w miejscu, w którym poprzedniego dnia przestałam ją czytać, oczekując, że Bóg albo mnie zatrzyma, albo potwierdzi kierunek przeze mnie obrany. Tego dnia przypadł mi 6-sty rozdział Księgi Sędziów – Zwycięstwo Gedeona nad Midianitami. Wszelkie obawy odeszły. Pojawiło się prawdziwe przekonanie o powodzeniu. 

Domek

Ze znalezieniem pracy nie było problemu dla kogoś, kto chciał pracować. Natomiast z mieszkaniem było trudniej. W początku października w mieście studenckim ciężko było cokolwiek znaleźć. Wszystkie ogłoszenia, które napotykałam, okazywały się nieaktualne. Z każdym wykonanym telefonem, który nie przynosił oczekiwanych skutków podupadałam na duchu. Dodam jeszcze, że potrzebowałam znaleźć to mieszkanie „na już”, bo nocowałam u mojej siostry, gdzie tak naprawdę nie było dla mnie miejsca. Mając poczucie, że poszukiwanie „na ślepo” jest marnowaniem czasu i pamiętając, że na wakacyjnym wyjeździe misyjnym doświadczyłam prowadzenia Bożego w służbie oraz przyjmując za prawdopodobne, że jeżeli Bóg prowadził mnie, kiedy Mu służyłam, to nie opuści mnie również kiedy mam własną potrzebę, postanowiłam Go po prostu spytać: „To gdzie ja mam zamieszkać? Jeśli masz jakieś miejsce dla mnie, to mi pokaż? Po co mam tracić cenny czas na poszukiwania po omacku?” Otwarłam Biblię w tym miejscu, w którym poprzedniego dnia skończyłam ją czytać, wciąż czytając po trzy rozdziały dziennie.  Akurat byłam w Księdze Psalmów i kolejny do przeczytania Psalm był 84-ty, w którym napisane jest:

Nawet wróbel znalazł domek,

A jaskółka gniazdo dla siebie,

Gdzie składa pisklęta swoje:

Tym są ołtarze Twoje, Panie Zastępów,

(…)

Błogosławieni, którzy w domu Twoim mieszkają,

(…)

Albowiem lepszy jest dzień w przedsionkach twoich,

Niż gdzie indziej tysiąc;

Wolę stać raczej na progu domu Boga mego,

Niż mieszkać w namiotach bezbożnych.

Zaszokowało mnie, że zadając Bogu pytanie odnośnie mojego miejsca zamieszkania, napotkałam fragmenty mówiące właśnie o miejscu mieszkania. Na marginesie dodam, że niejednokrotnie takiego szoku doznawałam też kiedy modliłam się o kogoś o uzdrowienie i ono faktycznie następowało. Po prostu w tamtym czasie i wciąż jeszcze czasem potrzebuję chwili, aby po raz któryś z rzędu wytłumaczyć sobie, przyjąć do wiadomości albo raczej pogodzić się, pogodzić swój umysł z tym, że Bóg istnieje, że jest to Bóg Biblii, że Biblia to jest Jego Słowo, które jest ciągle aktualne i, że poprzez to Słowo On mówi do mnie osobiście. Uświadomiwszy to sobie po raz kolejny zwróciłam uwagę na sformułowania: „twój dom”, co przywiodło mi na myśl budynek Kościoła „Ostoja”; następnie: „twoje przedsionki”, „progi domu Boga”, co przywiodło mi na myśl, że to jest blisko tego budynku oraz: Wolę stać raczej na progu domu Boga mego Niż mieszkać w namiotach bezbożnych , co zasugerowało mi, żeby zamieszkać z osobą wierzącą. W tej samej chwili uświadomiłam sobie, że kilka lat wcześniej mama naszego Pastora, Ciocia Bronia, wspominała, że chciałaby wynająć komuś pokoje w swoim domu. Nie wiedziałam czy to jeszcze aktualne. Trochę wstydziłam się spytać. Nie jestem osobą, która lubi wychodzić z jakąś inicjatywą. Ciocia Bronia nie była dla mnie wtedy jeszcze Ciocią Bronią a „panią z Kościoła”, którą znałam tylko „z widzenia”. Ale przełamałam się i spytałam. Zamieszkałam u niej na 5 wspaniałych lat, z fantastycznymi osobami, które do dziś zaliczam do grona przyjaciół.

Klub

Jakiś czas później stanęłam przed sytuacją taką, że kierownik ekipy, z którą pracowałam wyszedł z inicjatywą spotkania integracyjnego w klubie. Owego kierownika bardzo lubiłam, a nawet uwielbiałam, za to większość ludzi, z którymi pracowałam nie bardzo. Oni mnie raczej też nie lubili, co było całkiem prawidłowe biorąc pod uwagę, że za sobą nawzajem też nie przepadali. I tak nie wiedziałam czy iść na to spotkanie, czy nie. Z jednej strony myślałam, że jest to szansa na jakieś przełamanie lodów, integrację, z drugiej strony nie wiedziałam czy sama przełamię moją niechęć do pewnych osób, a osoby, z którymi relacje dobrze mi się układały same nie wiedziały czy przyjdą. Oczywiste było, że będzie alkohol. Ogólnie nie widzę nic złego w tym, żeby napić się piwa, ale też niekoniecznie z każdym. Z kolei spotkać się z kierownikiem poza pracą było od pewnego czasu moim marzeniem. Bardzo chciałam mu powiedzieć o Bogu, podzielić się z nim najcenniejszym, co mam – Ewangelią, zwłaszcza, że przypominał mi Boga. Chciałam też, żeby pozostali dowiedzieli się o Jezusie, ale zastanawiałam się, na ile będę w stanie przekazać Dobrą Nowinę osobom, na które nie patrzę Jego oczami, na ile będę w stanie to zrobić, jeśli coś wypijemy. Patrząc jeszcze z innej strony, była to szansa, aby zdobyć się na to, żeby spojrzeć na nich inaczej niż w pracy, może właśnie oczami Boga. Tego również chciałam. I tak do ostatniej chwili nie umiałam rozróżnić, które ze słusznych myśli kłębiących mi się w głowie lub które ze sprzecznych odczuć w moim sercu pochodzą od Ducha Świętego. Na godzinę przed spotkaniem poprosiłam Go o radę. Spytałam, co On sądzi o tym, abym poszła. Otworzyłam Biblię w miejscu, które na ten dzień mi przypadało. Akurat był to 23-ci rozdział Przypowieści Salomona, w którym zawarte jest dosłowne ostrzeżenie przed imprezami „z procentami”. Słowa: Twoje oczy oglądać będą dziwne rzeczy, a twoje serce mówić będzie opaczne słowa (Przyp. 23, 33) oraz inne w tym rozdziale przekonały mnie do pozostania w domu, mimo lekkiego rozczarowania.  

Niejednokrotnie opowiadałam wierzącym znajomym o tych i podobnych sytuacjach, kiedy w Biblii czytanej po kolei odnajdowałam dosłowne odpowiedzi na konkretne pytania. Konsternacja z jaką się czasem spotykałam kazała mi zastanowić się nad tym czy robię coś dziwnego, niewłaściwego oczekując Bożego prowadzenia w taki sposób. Jednak kiedy tylko zadałam sobie, a może Bogu, pytanie, czy On dopuszcza tego typu komunikację z ludźmi, czy jest na to w Biblii jakiś „precedens”, przypomniał mi się czwarty rozdział Ewangelii Łukasza. Mówi on o tym, jak w pewien sabat Jezus wszedł do świątyni i podano mu do przeczytania księgę Izajasza. Natrafił on na fragment odnoszący się dosłownie do jego osoby i służby, którą właśnie rozpoczynał: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom ogłosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana (Łk 4, 16 – 18). Odnosząc się do tego fragmentu Jezus powiedział nawet, że słowa te wypełniły się właśnie „dziś”.

Oczywiście, nie we wszystkich problemowych sytuacjach czy życiowych dylematach odnajduję Boże prowadzenie właśnie w ten sposób. Bóg prowadzi mnie również poprzez ogólną znajomość Biblii, nauczania, wewnętrzne przekonanie, sny, proroctwa, radę tych, których uważam za autorytety, którym ufam. Jednak opisane przeze mnie zdarzenia dotyczyły decyzji, które musiałam podjąć szybko, odpowiedzi, które potrzebowałam dostać „na już”, bo dotyczyły wyborów, których właśnie dokonywałam. Żaden z pozostałych sposobów rozeznania woli Bożej nie był mi w tych momentach dostępny. Zwróciłam się więc do Niego jak do ziemskiego taty, któremu ufam – po prostu spytałam, co sądzi On, jak On widzi pewne rzeczy. Być może też w wyżej wymienionych sytuacjach bardzo krótka była chwila szczerości z mojej strony czy odwagi i gotowości do usłyszenia prawdy na temat Bożego postrzegania określonych spraw.  

Nie jest też tak, że sięgam do Biblii tylko w problemowych sytuacjach, lub kiedy potrzebuję odpowiedzi na jakieś pytanie. Czytam ją, bo Bóg, który objawił się dziejach Izraela, który mówił przez proroków, który oddał za mnie swoje ziemski życie,  JEST i to w dodatku najlepszą osobą, jaką znam.

  

You may also like...